Ostatnie notki
Zakładki:
A TO MOJE PRACE RĘCZNĘ!!!!
Miedzy zachodem, a zachodem... .
Zaglądam... naprawdę warto!
Zajrzyj do "GARNKA" - tu (poniżej)opowiadam fotografią swoją... .
|
środa, 18 listopada 2009
Przy śniadaniu dobrze się myśli, bo to i jedzonko, i kawka, a co najważniejsze, umysł po nocy wypoczęty i sprawny. Zeszyt więc wzięłam, i między kęsem a kęsem, łykiem a łykiem, do rozliczenia biznesowego się zabrałam. Obrót, koszty, zarobek! - No! Miesiąc mi wyszedł na plus! Zarobiłam …. - i tu zameldowałam sumę przeliczoną przez kalkulator. Mężczyzna spojrzał znad kubka kawy, przełknął co przeżuwał i zdefiniował wiadomość.
- Dlaczego sprzątaczka!!!!! - zapytałam z niesmakiem, bo choć nie mam nic przeciw temu zawodowi, to jednak aspiracje miewam większe. - Bo na dyrektora to za mało! - wyjaśnił spokojnie Mężczyzna i wrócił do konsumpcji. Hmm, że za mało to już wiedziałam sama, ale... . - Ale ja się rozwinę! Jeszcze ze mnie będzie bizneswomen! - stwierdziłam z wiarą we własne możliwości, bo widmo sprzątaczki mocno tyrknęło moje ego, które sprzątaczką być ni jak nie chce i pcha się w awanse zawodowe jak posły po diety! Ale i tak jestem dumna z siebie! Na chleb i cebulę zarobiłam, a jak mawiają nasi dawni „przyjaciele” Rosjanie”, gdy te dwie rzeczy masz, z głodu nie zginiesz! (najwyżej wątroba dokopie za cebulę, ale rapacholin też mam!) A na szyneczkę i masełko jeszcze zarobię, wszak wiara cuda czyni podobno, więc wszystko jest możliwe!
środa, 11 listopada 2009
Kiedy dwie kobity dialogują, czas nie istnieje do czasu, gdy obowiązkowość zadudni w świadomości! - Która godzina? - rzuciłam między jednym zdaniem na temat, a drugim. - 13-ta – odrzuciła Ewcia też pomiędzy zdaniami.- Cholerka! Obiad muszę!!! Uciekam! - zgasiłam papierosa i podniosłam zadek z kanapy. Za płotem Picassa gotowa do drogi pobudzona pilotem winna zamrugać światełkami, a tu nic! - No proszę! Jeszcze się do mnie nie przekonała widać! Trudno, ręcznie otworzę – zamruczałam pod nosem i tak zrobiłam. Otworzyłam drzwi, zasiadłam, kluczyk w stacyjkę i... - Światła ci się świecą – zauważyła inteligentnie Ewcia. - O cholera!!! Nie zgasiłam??? No to... - i już wiedziałam co będzie dalej! Aż taka głupia to nie jestem, żeby nie wiedzieć, jakie są następstwa pozostawienia auta na światłach drogowych przez kilka godzin.Rozrusznik zakręcił z pół raza i wszystko zdechło! No to dupa! - Masz kable co by z twojego odpalić? - pytam z nadzieją. - Może gdzieś są, ale za diabła nie wiem gdzie, poszukam. Jak nie znajdę to cię pociągnę swoim – odpowiedziała Ewcia już w drodze do szopki. Jak ja mogłam nie wyłączyć świateł!!!! No debil kompletny!!! Ewcia nie wracała, ja siedziałam, złość na siebie kopała moje jestestwo, adrenalina podnosiła się ostro i gdy doszła do mózgu, zaskoczyło! Nie, samochód nie zaskoczył, jeno komórki szare przestały biadolić, a zaczęły myśleć! Telefon do Mężczyzny?! Nie! To już ostateczność! Najpierw sama się wykażę! MYŚL!!! Do przodu mam pod górkę, do tyłu z górki! Zwolnienie z ręcznego, zjazd, wsteczny i..., pyrkło nieśmiało i zdechło. Hmm... - Nie mam kabli, ale podjadę swoim – słyszę zza płotu. - Czekaj! Tu z górki! Ja się potoczę, a ty popchaj! Może zaskoczy?! - wołam przez otwartą szybę! - Prędzej ja zaskoczę - syczy Ewcia, ale posłusznie pcha. Patrzę do tyłu, górka niebezpiecznie się kurczy, Ewcia niebezpiecznie czerwienieje, a samochód milczy. Już widziałam siebie dzwoniącą do Mężczyzny, już słyszałam zasłużony komentarz na temat moich poczynań, gdy pyrkało, zakrztusiło, i zaskoczyło! - Jezu! Na drugi raz ty będziesz pchać, a ja się toczyć!!! - wysapała Ewcia w kolorze sztandaru rewolucyjnego! - Drugiego razu nie będzie!!! Dzięki!!! Nie pal przez godzinę, co byś zdążyła złapać oddech! Silnik pracował na górnych obrotach i dzięki temu nie usłyszałam odpowiedzi Ewci, ale może i dobrze? - I jak Ci się kochanie jechało? - zapytał Mężczyzna na powitanie. - Bardzo dobrze, tylko rozładowałam akumulator światłami i musiałyśmy go na pych brać – przyznałam się od razu, bo i tak by się wydało. - Dizel nie pójdzie na pych! To nie benzyniak! - zauważył Mężczyzna ze znajomością tematu, (gdy już powiedział co myśli o nie wyłączeniu świateł). - A u mnie poszedł! Sam widzisz że przyjechałam, tyle że świateł nie włączałam. - Wiesz ile kosztuje jazda bez świateł? - Mężczyzna jako szczególarz wszystko wyszczególni – no ale proszę! - dodał już z uznaniem – ty nawet dizla rozruszasz! - A bo nie wiedziałam, że dizela na pych się nie bierze, ot i wszystko! Bo niekiedy dobrze nie wiedzieć że czegoś się nie da, to wtedy na pewno się da! Ot co!
piątek, 06 listopada 2009
Etiudy z mgły posłuchaj, w pasaże z nut marzeń wjedź proszę. Dotknij sercem dźwięku zatrzymanego w plamie światła, myślą czułą go otul i zatrzymaj w sobie. Niech brzmi Ci jesienną nutą, kiedy cisza zła wyjdzie z za zakrętu zdarzeń, niech rozproszy rytmem święty spokój. Nad wodami mgła tańczy jesiennego walca, słońce ławkę już suszy z nocnej kąpieli, stare klony znów płoną czerwienią, dywan złotych liści rozwinięty po horyzont. Na gałęzi, zapomniane babie lato uwięzione zbyt mocnym uściskiem czeka na odejście, słońce srebrem sypnęło po wodzie, a na brzegu ławka w oczekiwaniu wielkim spogląda na drugi brzeg. To jesień sypnęła dziś magią, zaczarowała chwilę i podarowała siebie. Jesień..., jesień dla takich jak my.
wtorek, 03 listopada 2009
Ciepłem płomienia ogrzej mnie, czerwienią róży zachwyć mnie. Pragnieniem bycia zatrzymaj mnie, muzyką wieczoru zasłuchaj mnie. Niezbędnością codzienną wysłuchaj mnie, ciszą poobiednią uspokój mnie. Fantazją nocną omotaj mnie, przyzwoleniem sennym przytul mnie. Porannym oddechem obudź mnie, pamięcią absolutną zapamiętaj mnie.
piątek, 30 października 2009
Jeżeli kiedyś mi przyjdzie stanąć na brzegu zdarzenia, kiedy stopy znieruchomieją niezdecydowaniem, podaj mi dłoń. Przemów spokojem przeznaczenia, chłodem rozsądku ostudź płomień goryczy. Nie pozwól się odwrócić, nie pozwól usłyszeć krzyku milczenia. Zamknij przeszłość kluczem rozsądku, okna zasłoń firaną pogodzenia. Jeśli przyjdzie mi stanąć na brzegu zdarzenia, włóż w puste dłonie motywację. Dźwięki znajome pozmieniaj, słowa znajome wymarz. Daj mi białą kartę niezapisaną, daj pióro czyste z anioła skrzydła. Oczy zasłoń przepaską zapomnienia, uszy zamknij szeptem ukojenia. Naucz stąpać po kruchej tafli postanowienia, naznacz westchnieniem pułapki powrotu. W lustrze pokaż suchą szarość oczu, bruzdę znużenia wygładź pogodzeniem, wargi rozchyl cieniem uśmiechu. Przez próg dnia przeprowadź mnie zapachem kawy, świeżością myśli, prozą życia. Przez nocy próg, przeprowadź nadzieją na sen, na zapomnienie, na wyciszenie. Otwórz spokojem zaciśnięte dłonie, oddech wyrównaj krokiem dobrych myśli. Echo w pustce serca naucz milczenia, puls zrównaj z myślą, słowem i uczynkiem.
środa, 28 października 2009
- Przyjedź! - zagadał telefon, więc pojechałam. Trójka zapodaje muzykę jaką lubię, deszcz zmywa brud z karoserii, jesienny koloryt zagląda przez boczną szybę, przez przednią mokry asfalt i światła mijanych samochodów. Całkiem miło i przyjemnie jechałam bocznymi drogami ku koleżance, podśpiewując do znanego przeboju płynącego z głośników, a wycieraczki w takt rytmu ścierały zapłakaną jesień z szyby. I tak sobie zgodnie jechaliśmy aż..., odmówiły współpracy i stanęły! Znaczy się wycieraczki stanęły najpierw, ja po kilkunastu metrach. Szyba zalana i nieprzejrzysta nie pozostawiała wyboru. Trójka grała, ja już nie śpiewałam, a wycieraczki nie wycierały! - Cholera! Co jest? I od razu znalazłam odpowiedź. Jak nic poszedł bezpiecznik! No to już wiem co jest, tylko gdzie je wsadził konstruktor, i gdzie mam zapasowe? Ale po cholerę mi zapasowe jak nie wiem gdzie zapas wsadzić? Deszcz pada, ja siedzę, trójka gra! Wracać? Jechać dalej? Do tyłu dalej, do przodu bliżej, więc chyba trzeba do przodu? Tylko jak bez wycieraczek? - Dobrze, że zatrzymały się w dolnym położeniu, a nie na środku szyby – odnalazłam optymistyczną stronę problemu i ruszyłam. Przy 30/godz świat rozmazał się w kropy, przy 60/godz rzucik na szybie zmienił się w krechy i mogłam sobie wybrać. I tu i tu widoczność prawie żadna z niewielkim plusem na korzyść krech. I tak jechałam na czuja, a właściwie na pobocze widoczne w bocznej szybie, z wyjątkiem mijania się z samochodami, bo wtedy po prostu zatrzymywałam się i przeczekiwałam. 15 km przejechałam z zaciśniętymi zębami i wytrzeszczem w oczach, ale dojechałam! - Masz tu kluczyki i zobacz co z wycieraczkami, bo mi stanęły! - przywitałam się od progu z Mężczyzną koleżanki. - A bezpieczniki masz? -zapytał rezolutnie. - Poszukaj skrytkę, albo bagażnik, coś powinieneś znaleźć. Poszedł i wrócił podając mi zielone małe, tzn. bezpiecznik. - Wymieniłem – powiedział i zniknął w pokoju, bo w kuchni babskie sprawy obgadywałyśmy popijając herbatę. Wieczór za oknem poganiał, deszcz bębnił nadal po szybach, ale co tam! Światła mam sprawne, wycieraczki też, a do obgadania jeszcze parę spraw. Posiedziałam więc, pogadałam, aż wreszcie czas się zrobił na mnie. Wsiadałam, odpaliłam, zaświeciłam, zawróciłam i ruszyłam. Droga utwardzona rozmazana deszczem na szybie i prawie niewidoczna, więc włączyłam wycieraczki i...dupa! Nic! Leżały w poziomie i ani im do pionu! Kuźwa!!! Miały chodzić!!! To były najdłuższe 15 km jakie kiedykolwiek przejechałam! I zjazd z głównej na moją też przejechałam, bo za cholerę nie zobaczyłam, że czas sklecić w lewo!!! Skręciłam dalej, dojechałam i zaparkowałam! Ufff! Koszmar! Spojrzałam na złośliwe wycieraczki i jedyne co mi przyszło do głowy to to, że wcale ich właściwie nie widziałam, jakby ich nie było, a jak zabrakło, to okazały się tak ważne, jak szczęśliwe dotarcie do domu!!! Hmm, nie doceniamy tego co mamy, póki tego nie stracimy! Dobrze, że można to naprawić! Wycieraczki znaczy się naprawić!!!
wtorek, 27 października 2009
Między słowem a słowem, gestem a gestem, przytulona do wiedzy nabytej leżała prawda. Nie w blasku chwały, niewykrzyczana pewnością, nieuwieczniona przeżyciem, lecz zadziwiona zaistnieniem, zatrzymana wykrzyknikiem, gotowa na odejście. Niepewna adresata, błądziła między jednym kątem a drugim, między słowem a słowem, krzykiem a ciszą, między potwierdzeniem a zaprzeczeniem. Miała twarz, przeszłość, nadawcę. Z niebieskim stemplem „priorytetu” przemierzała trakty brukowane przemilczaniem. Zatrzymana pytaniem, chowała głowę w ramiona i ze wzrokiem wbitym w milczenie, nie pozwalała na spojrzenie w głąb. Pytana o prawdziwość, patrzyła pustym wzrokiem, całkowicie obojętna na odebranie przekraczała kolejny próg dnia, nocy, aż wreszcie odnalazła adres, właściciela i pozostała..., prawda, która nie jedno ma imię. Między jednym słowem, a drugim.
niedziela, 25 października 2009
sobota, 24 października 2009
Od zawsze lubiłam malować. Kredki, ołówki i inne przyrządy do malowania były mi zawsze posłuszne i tak mi zostało do dzisiaj. Co prawda nie zostałam malarzem wziętym, ale na własny czy przyjaciół użytek coś tam zawszę wymodzę i w paru domach„wiszę”. Jak to mówią „jestem niezła manualnie”. Dzieci nie przejęły po mnie zamiłowania do mazania, za to Szkodnik, od wczesnego dzieciństwa wykazywał się zamiłowaniem do malunków. Swoją „pasją” ozdobił wszystkie możliwe ściany mieszkania (na wysokości własnej) i radosna twórczość Artysty „zdobi” obecnie nie tylko jego pokój. - Trzeba poczekać z malowaniem aż mu przejdzie – zadecydował Starszy, czyli rodzic „artysty” - bo szkoda pieniędzy. My zamalujemy, a on „odmaluje” znowu. I tak dzieła Szkodnika zdobią ściany, ale od jakiegoś czasu stracił zainteresowanie freskami i przeniósł się z twórczością na kartki z bloku, co oznacza, że malowanie mieszkania tuż tuż! - Co robiliście w przedszkolu? - pytam, bom ciekawa jak sobie radzi nasz nowoprzedszkolak, co to jako czterolatek, wylądował w pięciolatkach bo takie były realia. - Malowaliśmy aniołka – tym razem opowiedział, bo zazwyczaj odpowiada „NIC”. - Namalowałeś? - No – wyraźnie nie miał ochoty na zwierzenia. -I powiesiła pani twoje dzieło na wystawie? - dopytywałam się namolnie. - Nie – odburknął pod nosem, wyraźnie zły, że mu zawracam głowę, gdy on serfuje po necie. - Dlaczego? Bo takie paskudztwo wymalowałaś? - drążyłam temat uparcie. - Pani powiedziała że śliczny, ale jak zacząłem kolorować, to mi się kredki omyliły i zamalowałem mu buzie na czerwono, no to podarłem i już! Już nie dochodziłam co było dalej, bo znając Szkodnika i jego „dbałość” o szczegóły jak i choleryczny charakterek, znałam ciąg dalszy. Się wnerwił i wypieprzył! Hmm, widać nie tylko zamiłowanie do malunków po mnie odziedziczył! -A co to jest? - pytam spoglądając na najnowsze „dzieło” Szkodnika. - To potwór co się go bałem – uzyskuję informację i wyjaśnienie – ale się go już nie boję, bo on się teraz uśmiecha! - A jak się nazywa? „Mistrz” zadumał się przez chwilę i dopowiedział – Babol! No i załatwił Szkodnik potwora po całości, bo czy takiego Babola można się bać? Hmm..., tylko dlaczego Babol? Tego już mi nie wyjaśnił! Widać to tajemnica Artysty. A ja patrząc na "babola" pomyślałam, że całkiem fajne logo jakieś firmy mogłoby być:)))) Może by tak poszukać nabywcy??? :)))))
piątek, 23 października 2009
Widzenie bloga w eksplorerze nawaliło, a mianowicie zdjęcie tortowe zablokowało starsze posty! Wyszło mi na to, że takie ekspansywne i zazdrosne o pozycję jest i choć gmerałam i usiłowałam je przywołać do porządku, to rezultat był nijaki! Nie mogłam draństwa edytować, usunąć i nic nie mogłam! Aż przyszedł Mężczyzna i zrobił jednym kliknięciem to, czego „się nie dało”!!!! I aż nie powiem jak, bo głupio mi ze świadomością, żem matoł i ćwok po całości!!!! Tłumaczyć mnie może tylko „gówniana noc”, spędzona nie w przytulnej sypialni, lecz w WC, w towarzystwie jeziorka obfitego, uchyłków i diabli wiedzą czego jeszcze, sponiewieranie okrutne i przymulenie prawie bagienne! Ale żyć pewnie będę, bo doczłapałam się do sznurków bieliźnianych, co to na nich deszcz powiesił krople do suszenia i przewiesiłam je do góry nogami, bo w takiej pozycji na pewno szybciej wyschną i zrobią miejsce na „następne pranie”, które już w chmurzyskach się kotłuje! Ech pogoda, życie i jestestwo moje! Czy nie moglibyście być bardziej przyjemnościowi???
czwartek, 22 października 2009
I zrobiłam się pampersowy ekspert! To przez te torty, i wózeczki, i koszyczki co to w nie wsadzam pieluchy. Wprawy nabrałam, dopieściłam „radosną twórczość” i pracuję. Nie za wiele tej pracy, zapotrzebowanie mniejsze niż możliwości „przerobu”, ale zawsze coś tam pójdzie. Zarobek też nie do końca adekwatny do wykonanej pracy, ale trzeba porobić co by zarobić! Hurtownia w miarę moich zakupów podnosi ceny tego co biorę i diabli mnie biorą, bo po grosiku urywają mi „zarobkowanie”. Można taniej, można tak jak inni (bo tortowych twórców namnożyło się sporo) kawałek papierowej taśmy, kokardka i do ludzi, ale ja lubię, gdy to co robię wygląda i przyciąga. Moje jest „wypasione” i sadząc po komentarzach kontrahentów, zadowolenie ogromne przynosi. Można też pampersa „innego”, mniej „cenowego” wsadzić, bo pampers to pampers, ale...., no właśnie, ale! Bo pampers pampersowi nierówny (wiem, bom już taka znawczyni), są te lepsze i te gorsze, więc wsadzam te z górnej półki, co by Maluch nie zaczynał swojego bycia na tym łez padole, od odparzonego zadka i nieprzespanych nocek. Wsadzam więc to co najlepsze, ubieram najpiękniej i niech się cieszy Maluszek z moich pieluszek. Przy okazji „tortowania” zauważyłam iż więcej się chyba chłopców rodzi, bo niebieskich tortów przewaga znaczna, bliźniaki też się trafiają, a i trojaczki „zaliczyłam”! Chyba z przyrostem naturalnym nie jest tak źle u nas, ale jak dla mnie mogłoby być znacznie lepiej! Może pogadać z energetyką, co by światło co jakiś czas wyłączyli? Oszczędność dla państwa ogromna, a ludzie miast ślepić w TV czy komp, do „roboty” by się zabrali, co by nasz kraj zasilić w świeżą krew, a mnie w zatrudnienie! Ale póki co, to GG milczy zamiast ...” gratulacje..., sprzedałaś...”. A wszystko to przez ten nadmiar prądu!!!!! ps. coś mi się stało w bloga!!!! zjadło częśc postu, nie ma "edytuj" i tylko jeden post widać! To blox, czy konkurencja???? ![]() Właśnie zaliczam miesiąc "radosnej twórczości" mej i już mogę powiedzieć, żem prawie ekspert pampersowy!
wtorek, 20 października 2009
Napisałam sobie post. Taki z przemyśleniami głębokimi jak lej po bombie V10, kliknęłam jak należy "publikuj" i... dupa! Zeżarło, wcięło, zarąbali! Więc uprasza się tuptających w cyberprzestrzeni na patrzenie pod nogi, co by w wyżej wymieniony dół głębokich przemyśleń się nie władować. dobranoc!
niedziela, 18 października 2009
Wszystko można podać w różnych smakach, i na słodko, i na gorzko, można smak rozbudować np. słodko-kwaśno itp. Ze słowami jak z przyprawami, nadają treści emocjonalnego smaku w zależności od piszącego. Można dymy z kominów ułożyć do snu na mokrych jesiennych dachach, można otulić noc jesienną mgłą, można zamknąć niebo kluczem odlatujących ptaków. Można... . Ale, można zaserwować te jakże istotne przejawy jesieni bez przypraw sentymentalnych, bo..., no właśnie. Jesień jest, co widać, słychać i czuć! Mgła rozpanoszyła się i zmniejszyła widoczność do kilku metrów, rozmemłała ostrość widzenia co przy jeździe czymkolwiek jest sporym utrudnieniem. Zgniła pogoda przydusza dymy do niższych partii i po okolicy roznosi się smród, bo wiadomo, ludziska by zaoszczędzić nawet w piecu miałowym palą czym się da i każdy domowy śmieć, czy to karton, plastik, czy stary but idzie do pieca, a z komina zapach że aż okno zamykaj! Ptaki widać też mają dosyć i takiej pogody i smrodku, bo po krzykliwym naradzeniu się co do tempa i kierunku drogi, wrzeszcząc wzbiły się w niebo tzw. kluczem, (a jak dla mnie to odwróconą literą V), i wyniosły się w czortu mać, tzn chyba gdzieś w ciepłe rejony. Przezornie schroniłam się pod dach, co by nie zaliczyć pożegnalnego gówienka którym to raczyły z góry rozwrzeszczane ptaszyska, (wyglądały na dzikie gęsi), ale wiadomo, przed drogą należny się wypróżnić, co by nie przerywać podróży, więc sobie pozwalały. Do tych "przejawów" jesieni można by jeszcze dodać, deszcz, który ciągle obrzydliwie pada, szare ponure niebo, breję z leżących, mokrych i zabłoconych liści, i niskie ciśnienie, które nam, niskociśnieniowcom dowala po całości, bo obniża to, co już i tak mamy niskie. No i mamy jesienne niedzielne przedpołudnie podane względnie wiernie z tym co za oknem.
sobota, 17 października 2009
Jesienna mgła otuliła noc, dymy leniwie snują się po dachach szukając miejsca na sen. Dzikie gęsi kluczem zamknęły niebo odlatując jak co roku, jak co roku jesień spadającym liściem odmierza czas. Eva Cassid'y powraca wspomnieniem jesieni słowem i dźwiękiem. Zatrzymał mnie kiedyś ten dźwięk strun, delikatna muzyka fortepianu, głos jak opadający na wietrze liść, jak płomień jesieni, jak mgła wieczorna. I choć poszłam dalej, to powraca Autumn Leaves w jesienną noc.., noc otuloną jesienną mgłą i wspomnieniami. „I niedługo usłyszę starą zimową piosenkę Ale tęsknię najbardziej Gdy jesienne liście zaczynają opadać..”.
środa, 14 października 2009
Pada śnieg, w skali Beauforta też w wyższych partiach, jednym słowem zima! To ja się pytam..., a polska złota jesień to gdzie???!!! Wygląda na to że, ukradli, schowali i mamy teraz trzy pory roku! Co prawda możemy się dopieścić jesienią Vivaldiego, ale co ogrzewaniem? Licznik gazu zapieprza lepiej niż Hubica, złotówki w kilowatach wypieprzają z portfela, a ja mam ochotę spieprzyć gdzieś w cieplejsze kraje!!! Co to ogrzewać nie trzeba, szczękać zębami też nie, a w połowie października nie robić za bałwana!!! Ale póki co, wyciągam kurtkę, szalik, czapkę i pomarzę jakby to było pięknie, tam gdzieś gdzie w bluzeczce, sandałkach itd, itp...
niedziela, 11 października 2009
- Proszę Pana, mam większe, chciałabym mniejsze, jest to możliwe? - Wszystko jest możliwe –odpowiada z zadumą Pan. - I mogłabym zostawić to większe, a wziąć mniejsze? – pytam. - Mogłaby – ze stoickim spokojem Pan. - No to może zobaczy Pan to moje większe, bo ja już znalazłam u Pana to mniejsze! – staram się wyłuskać Pana z jesiennej zadumy. - No mogę, a co pani ma? – Pan jakby lekko zainteresowany. - A to pod płotem – mówię, wskazując na siatkę rozpiętą na słupkach betonowych zresztą. - E, białe – Pan krzywi się jak po pierwszej secie bez zagrychy – białe odpada, nie idzie –dodaje całkowicie tracąc zainteresowanie. - Zaraz! Co znaczy nie idzie, przecież to kwestia ceny! To ile Pan mógłby mi za to dać? Pan patrzy na mnie, na płot, na mnie, na niebo ( mógłby jakiś ptaszek w tym momencie... ), na płot i ponad mnie. - Mnie to nie pasuje..., białe! ale teoretycznie mógłbym dać...... . – tu pada suma która powala mnie już nawet nie na kolana, a na twarz. - ILE???!!! Ja go chcę sprzedać!!!, nie złomować!!! - To sprzedawaj pani, mnie biały nie pasi, mam tego potąd - i tu Pan przejeżdża paluchem po szyi, a ja żałuje, że nie ma na nim czegoś ostrego. Tak potraktować mój samochód!!! Nie oglądając się wsiadam do większego białego, przekręcam kluczyk. Silnik mruczy, ja złorzeczę na rzecz Pana, zadumy, niechęci do białego i moich zapędów do zmiany. No to w drogę, chyba jeszcze sobie pojeździmy razem, a białe też jest piękne, a co! Dwójka, i z pod opon w stronę siatki rozpiętej zresztą na betonowych słupkach, leci pióropusz bota. No i dobrze mu tak! A niech zobaczy co potrafi białe, O! Chwila i autokomis w tylnej szybie robi się taki malutki, że nawet już nie słyszę " ciepłych" słów Pana. Cztery lata jak z bicza trzasł przeleciało. Autokomis dawno szlag trafił, za to moje Białe trwa nadal w zdrowiu i dobrej kondycji! Za „ostanie się w rodzinie” odwzajemniło dobrym prowadzeniem, bez kaprysów i wydziwiania ale..., ...ale angielskie Srebrne, co to nas z Anglii przywiozło straciło swoją „angielskość”, co po ludzku znaczy, że kierownicę ma już po właściwej, lewej stronie, że białe, a nie żółte tablice, że już jest cały „normalny' (o kosztach nie wspominając) i przejmuje służbę w rodzinie. I choć żal Białego, bo dobre samochodzisko było (i jest!) i się „wykazało”, to dwa samochody jednak zbyt wielkim „dobrodziejstwem”, czas więc pożegnać jedno. Jakby ktoś lubił Białe, w dobrym stanie, przyjazne i potrafiące przywiązaniem odpłacić, to to jest właśnie to! Opel Astra Combi:))) A cena? Równie przyjazna jak samochód, bo czyż mogłaby być inna? I tak napiszę w ogłoszeniu tylko jeszcze dodam..., w dobre ręce! Bo autko zasłużyło sobie na dobrego człowieka:) - Człowiek to jednak dziwne stworzenie..., przywiąże się nawet do blachy – myślę, patrząc z łezką na (teraz już) Mniejsze Białe, które cicho stoi przy Srebrnym Większym i czeka na "dobre ręce".
czwartek, 08 października 2009
... W pokoju snu, mrok. Ziemia obrotem podwozi księżyc w prostokąt okna. Mrok zawstydzony kuli się za szafą, półmrok z dumą spogląda na przegranego. Za taflą szklanego ekranu kochankowie w namiętnym uścisku. Namiętni i wierni do wypłowiałego końca. Na wskazówce zegara przysiadł czas. Rozgląda się niepewnie. Czy już czas na czas? Ciii! Poduszka wgłębieniem zaznacza miejsce na sen, a chłodne prześcieradło czeka na ciepło, które je ogrzeje. Kwiaty zapachem jesieni pomalowały powietrze, świece zmęczone drzemią w lampionach. Po pięciolinii schodzi swing, przysiada na poduszce gotowy w jednej chwili ustąpić miejsca zmęczonym myślom. Stoisz na granicy jawy i snu. Twój wzrok, mój wzrok. Półmrok uchyla zachęcająco drzwi, swing kłania się przede mną i zaprasza do tańca, czas gotowy do drogi z trudem powstrzymuje niecierpliwe wskazówki. Kiedy przekraczasz granice światła i cienia jestem tuż za tobą. Gotowa na ciebie, niecierpliwym ruchem zabieram księżycowi ostatnią smugę światła. Jestem zazdrosna o Twój cień na ścianie, o spojrzenie kochanki z za tafli szkła, o zarys ust. Nie potrzebne mi światło nocy. Moje słowa widzą cię bardziej niż moje oczy. Swing kołysze czas w swoich ramionach, ja kołyszę się w Twoich.
wtorek, 06 października 2009
Blog choć nie zawsze ten sam, już klepię ładnych parę lat. Dzisiaj spojrzałam do archiwum i znalazłam wpis... 6 październik 2005r. 4 lata temu, o prawie doładnie tej porze pisałam... Jej Muza, moja Muza. - Kobieta w literaturze: żona, dama, opiekunka ogniska domowego, muza..... Przedstaw portrety i świat wewnętrzny kilku wybranych bohaterek literackich. Niezłe nie! – usłyszałam wczoraj przy kolacji, tzn. przy pajdzie chleba, herbacie i paru kawałkach kiełbasy ( o musztardzie nie wspomnę). - A co to ma być? – spałam patrząc jak Młoda paprze umazaną kiełbasą słoik musztardy, paluchy i wszystko co się da, łącznie z własną piersią. - Jak to co! Mój zgłoszony temat do matury z polaka! – wyartykułowało dziecko. - Rany! To dlaczego ja nic o tym nie wiem! Dlaczego się nie poradziłaś! – byłam oburzona takim olaniem. - A po co! Przecież to ja będę pisała, a nie ty! – odpowiedziało dziecko, ścierając medal z musztardy uplasowany na zieleni swetra. Nawet kolory współgrały. - Nie było już nic innego? Jakiś ten temat mocno niechodliwy! - A co miałam brać? Holokaust albo totalitaryzm? Połowa wiary rzuciła się na pierwsze, a reszta na drugie. Nie lubię ścisku! – odpowiedziała Młoda zdecydowanym głosem. - A co ty wiesz o kobiecości! - A co chcesz wiedzieć? – zainteresowało się dziecko. - No, nie pozwalaj sobie smarkata! Zobaczymy jak z tego wybrniesz! - Proste! Magbetową wezmę jako kobietę tragiczną, żonę Antka Boryny jako opiekunkę ogniska ( niezłą metamorfozę tam przechodzi, od zahukanej kury, po gospodynię całą gębą), z Łęckiej zrobię femfatale. Mam tylko problem z muzą, nie znasz jakiejś? - Znam, ale ona chyba nie nadawałaby się na materiał do maturalnej pracy. Nie jest tak bardzo znana w literaturze. Powiem więcej, prawie wcale, bo tam gdzie bywa, to jest całkiem inne pisanie. - Tak mniej znana też może być, przynajmniej nie będą mieli z czym porównywać i kreatywnością się wykażę! - Już ty się nie wykazuj tą swoja kreatywnością! Zapomniałaś egzaminy z gimnazjum! Jakbyś pisała “ Pana Tadeusza”, a nie Ednę Buchanan, to rozprawka inaczej by wyglądała! – przypomniałem “ kreatywność’ egzaminacyjną. - Przecież ona dostała Pulitzera! Też mam taki zamiar, więc to nie dobry wzór?! To moja wina, że się nie znają na normalnej literaturze? Tylko stereotypy! – oburzyła się Młoda. - I dlatego Muzę znajdź w stereotypach! Wystarczająco się będę denerwowała maturą, więc nie dokładaj mi jakiejś niepewnej Muzy! – zażądałam stanowczo. - O rany! Po co ja ci to w ogóle mówiłam! Teraz się zacznie! – powiedziało dziecko patrząc na mnie z bardzo nieżyczliwym wyrazem twarzy. Teraz siedzę i się zastanawiam, jak to jest z tą jej Muzą, moją Muzą? I dzisiaj już wiem, że Młoda poradziła sobie z muzami, na maturze i emocjach z nią związanych dawno osiadł kurz i czas pobiegł niczym sprinter po bieżni, zgarniając po drodze nas, dodając lat i zdarzeń przeżytych. Nazbierało się tego, pozmieniało, rozjechało niekiedy z planowaniem, dodało,, ujęło. O cztery lata cięższy bagaż doświadczeń i..., jest jak jest. Jednak dobrze jest wrócić, wspomnieć, przeczytać, oglądnąć się wstecz, choćby po to, by poczuć się cztery lata młodszą. A muzy? Nadal są czyjąś własnością.
czwartek, 01 października 2009
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||