czwartek, 17 maja 2012
Z rękoma w kieszeni stała wpatrzona w niebo. Księżyc niedokładnie schowany za konarami dębu, świecił tylną częścią, wydobywając z mroku powyginane od słońca drewniane sztachety płotu. - Powiesz mi coś? – spytała noc. - Nie, przecież wszystko już wiesz – odpowiedziała patrząc przed siebie. - Wiem – szepnęła noc cicho, i spojrzała na nią. Stała z rękoma w kieszeni, i już nie patrzyła w niebo, lecz na ziemię, gdzie na schodach, otuliwszy kolana ramionami, siedziała dzisiejsza noc. Kiedy księżyc wydostał się wreszcie z za konarów dębu, zobaczył puste kamienne schody, na których nie siedział już nikt.
środa, 02 maja 2012
NajMłodszy właśnie skończył 7 lat i tort jak i prezenty mu przynależne otrzymał. (z gry komputerowej najbardziej rad, na koperty z mamoną ledwie zerknąć raczył) NajNajMłodszy dostał własną piaskownicę we władanie i pierwsze podkopy w niej poczynia. (wszak osiemnasto miesięcznym mężczyzną jest i łopatką radzi sobie nieźle) Słońce świeci i ogrzewa. (nareszcie, bo już szarości było aż nad to!) Młoda nowego psa (czytaj sukę) przysposobiła, która to staruszka mego Fafika molestuje nagminnie. ( jak na razie zaloty pozostają bez wzajemności, choć Miśka mocno się stara) Mężczyzna z wyprzedzeniem miesięcznym prezent urodzinowy w postaci roweru z niezłej półki otrzymał! (a że rowerowy pasjonat jest, to taką radość okazał, że zobaczyć to, to bezcenne.) Ja tuptam z kijkami, i na tą chwilę nogi nadal byle jakie, ale z uporem zmuszam je do przebierania po drogach i bezdrożach z nadzieją, że zaczną działać jak należy. (jak nie, to chyba je tymi kijami poczęstuje!) Bez kwitnie, czeremcha pachnie, rzepak żółcią na polach się rozlał, z błękitnym niebem współgra tak pięknie, że nawet smrodek mu wybaczam. (tym bardziej że do podziwiania, a nie do wąchania jest ci on). I może wreszcie znajdę chwilę, by aparat w dłonie chwycić, i ulubionym zajęciem się zajać, bo od tak dawna już w kadr nic nie wpisałam, a wiosna tyle piękna oferuje, że aż grzech nie uszczknąć czegoś dla siebie! Może ma ktoś na zbyciu trochę czasu wolnego? Chętnie się nim zaopiekuję?) ps. jednak wykradłam czasu deczko i w ugory ruszyłam po wiosnę... ! O! Taką!!! i rzepak znalazłam, (wcale nie śmierdzi, a nawet pachnie jakby!)...,
i jabłonie co to niech no tylko zakwitną..., i bzy znalazłam, co prawda nie białe, ale jednak bzy...,
i wieżę z mego miasta w rzepaku zatopioną..., i słońce zachodzące zaplątane w pajęczynie znalazłam, i całą tą wiosnę bez krępacji zabrałam ze sobą! A co! Lubie zabierać to i owo:)
niedziela, 22 kwietnia 2012
Pierwsza tęcza w tym roku wymaga lepszej oprawy niż wrzuta fotki z folderu na dysku, więc dorzucam passe-partout i ramkę! Niech ma oprawę godną tęczy pierwszej jaka zagościła na moim niebie. Niech pomaluje kolorem wszystkie szare dni które się przydarzą, niech parasolem barw osłoni przed deszczem złych chwil, niech będzie dobrą wróżbą na każdy następny dzień. Pierwsza tęcza tego roku, pierwszy barwny łuk, napięty końcem dnia, gotowy do wypuszczenia strzały nadchodzącego wieczoru.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Po świętach już! W lodówce kupa mięcha upieczonego, sałatka, wędlina i coś tam jeszcze czeka na zjedzenie, ale nie ma kto jeść, bo Mężczyzna sam nie wydoli. Dzieciaki we własnych lodówkach mają podobnie, więc nie podeślę im tego dobra, a sami nie damy rady, więc pozostają pieski, i kubeł na śmieci. Całe szczęście że Młoda pieska sobie przysposobiła (oczywiście ze schroniska, bo serce dziecko ma litościwe), i tym sposobem Fafik posiłki do kosumcji dostanie, więc może jakoś dadzą rady, a ja jak co roku obiecuję sobie, że na następne święta zmnieszę ilości wyrobów, by dało się zjeść, a nie wywalać! Hmm..., ciekawe czy mi wyjdzie! Kręgosłupowo-krążeniowe dolegliwości wiernie przy mnie trwają, a pani doktor na kontrolnej wizycie oprócz następnej recepty na kolejne prochy zaleciła " jak się czegoś nie da pozbyć, to trzeba to polubieć!" - to jedne zalecenie, a drugie..., " jeśli już to jest i nie chce odejść, to należy się z tym zaprzyjaźnić, to będzie łatwiej z tym żyć". W dupie mam takie zalecenia i porady, i nie mam zamiaru ani się zaprzyjaźniać, ani polubiać! W tym celu postanowiłam (postanowienie mam już od jakiegoś czasu, ale czasu brak na realizację postanowienia) na basen chodzić i pływaniem naprawiać kręgosłup, i zakupiłam kijki do Nordik Walking, czyli po ludzku mówiąc - kijlki do chodzenia, i wczoraj, późnym zmierzchem (co by siary nie robić przy braku umiejętności posługiwania się zakupionym sprzętem) ruszyłam na kijkiwy spacer. Nie wiem czy takam zdolna, czy to takie proste, ale po kilku motaniach nóg i rąk, wszystko się zgrało i poszłam!!!! W życiu tak nie czułam wszystkich mięśni! Popracowały wszystkie te, które przy mojej pracy siedzącej leniwie sobie w spoczynku trwały, i dzisiaj czuję jej je dość mocno. Szło mi się fantastycznie, i spodobało mi się to okrutnie, więc dzisiaj już o bladym świcie wstałam (by przed pracą pomaszerować deczko), a tu deszcz chlapie i dupcia z tuptania! Ale jak tylko się przejaśni, znajdę chwilę i ruszę! Poczytałam o tuptaniu z kijkami, i napisali, że dobre na wszystko, a przede wszystkim na krażenie, na kręgosłup i wogóle na wszelkie ułomności, więc zamierzam naprawiać kijkami to co we mnie popsute! Przeciwskazania podobno są przy pewnych schorzeniach,(podobno) między innymi kręgosłupa (trzeba chodzenie skonsultować ze specjalistą), ale ja pochodzę, i zobaczę co na to kręgosłup mój powie, bo do pani doktor po następne dobre rady iść nie zamierzam, gdyż co miała do powiedzenia, a ja do usłyszenia już powiedziała, a ja usłyszałam! Teraz naprawiać się będę sama, słuchając nie pani doktor z poczuciem humoru, lecz własnego jestestwa! Ono mi pewniakiem powie to co prawdą jest i będzie! Teraz do pracy siedzącej ruszam (kręgosłupiku, przepraszam, ale muszem), ale jak tylko żaby z nieba prezestaną lecieć, ruszem prostować i wzmacniać jestestwo, z kręgosłupem na czele! O!
sobota, 07 kwietnia 2012
niedziela, 25 marca 2012
W kieliszku martini utopię koniec dnia, wieczór zaproszę na toast, noc wiosenną upiję, brzask prześpię wtulona w niemożność powrotu do rzeczywistości.
sobota, 24 marca 2012
wtorek, 20 marca 2012
Słońce jasną plamą wspięło się na ścianę pokoju, rozświetlając cztery kąty, i duszę moją. Bo dusza i ciało spragnione słońca było niczym kania deszczu. Tu i tam pokazują się małe pąki listków, coś z ziemi też już się przeciska,( i to nie koniecznie kret)..., jednym słowem..., ku wiośnie idzie! - Gdzie jest twój kubek? - zapytałam Mężczyznę chcąc zrobić poobiednią kawę, a kubek kawowy każdy posiada własny, i wierny mu jest. - A nie ma gdzieś tu? - zapytał Mężczyzna zataczając wzrokiem metry kuchenne, (bo dialog w kuchni miał przyjemność się odbywać) - Tu gdzieś, i tam dalej nie ma - odpowiedziałam zdodnie z prawdą - to ja idę na zawietrzną puścić dymka, a ty poszukaj zguby, lub zalej w innym. Mój kubek stoi na suszarce, jakby co! - Poszukam - usłyszałam już w korytarzu. Co to znaczy przyzwyczajenie! Przecież kubków ci u nas dostatek! Rozsiadając się po raz pierwszy tego roku na ganeczkowej ławce, (bo już można, bo zadek nie lodowacieje od siedziska), puszczając poobiedniowego dymka, spojrzałam na balustradkę z półką. Zagubiony kubek stał sobie spokojnie, nie wadząc nikomu! No tak! Z poranną kawą, (jak co roku, od wczesnej wiosny, po późną jesień), Mężczyzna wychodzi na dwór, robiąc codzienny obchód zagrody, dialogując z roślinkami swoimi, (dialog jakby jednostronny torchę, więc może raczej monologując), zawsze pozostawia kubek na półce gankowej, i dopiero zimą, kubek po porannej kawie, odnajduję w zlewie. Ja przysiadam na ławce, kubek Mężczyzny przysiada na półce, listki pąkują, z ziemi to i owo się przeciska, słońce plami światłem włazi na ściany..., więc..., sezon wiosenny uważam za otwarty! I tak jest dobrze!
czwartek, 23 lutego 2012
Co to była za noc!!! Wieczorem poległam z bólem kręgosłupa. Mężczyzna wymasował, maściami namaścił i ułożył w pościeli. Kręgosłup miał gdzieś zabiegi i napitalał niczym stado wrednych krasnoludów, z wrednymi młotkami. Trudno zasnąć gdy każda pozycja nie taka, gdy nogi drętwieją, a przewrócenie się z boku na bok, to podejście pod co najmniej Rysy, niemniej jednak jakoś udało się zasnąć - A co ten tu robi? - doszedł do mnie okrzyk Mężczyzny. Ułożona tyłem do wyżej wymienionego, nim udało mi się odwrócić przednią częścią obolałego jestestwa, dosłyszałam ciąg dalszy okrzyku. - Jak on tu wlazł? Chyba przez otwarte okno! Kot skoczył mi na nogi! Twarzą do męskiej połowy łoża, na wpół rozbudzona, w nie do końca czarni nocnej pokoju (zawsze jakiś kawałek światła z dworu wpada) zobaczyłam białego kota w czarne łaty, który ze zwinnością kocią, właśnie przeskakiwał przez moją dolną część odwłoka na podłogę, by zniknąć w przedpokoju. Jaki kot?! Skąd kot?! U nas w łóżku? Na trzeciego? Czemu Fafik nie szczeka, przecież śpi w przedpokoju?! Pytania cisnęły się na usta, ale niewypowiedziane zostały, gdyż z osłupieniem patrzyłam, jak Mężczyzna wyskakuje z łoża, zapala światło i wołając kici, kici, rusza w przedpokój - Cholera! Gdzie ten kot! - słyszę z przedpokoju. Widząc że trudności w znalezieniu sierściucha są, wygramoliłam się z łoża, i ruszyłam na pomoc. W przedpokoju, ziewający Fafik z legowiska spogląda na kręcącego się Mężczyznę z wątpliwym zainteresowaniem, Mężczyzna przemierza kolejny pokój (nawet ten zamknięty), z kici, kici, więc ja ruszyłam do kuchni. Kota brak, nawet takiego maleńkiego, a co dopiero takiego dużego białego w czarne łaty! - No przecież był! Skoczył mi na nogi, obudził mnie, a potem pobiegł do przedpokoju! To gdzie jest? Przecież nie wyparował! Fakt! Widziałam kota i ja, widziałam jak wybiegał, i widzę że go nie ma. Rozbudzeni, o drogiej w nocy przeszukaliśmy mieszkanie, na szafach, w szafach (jakby sobie sam mógł je otworzyć!) ze skutkiem zerowym. Był kot, kota niet! Położyliśmy się, zasnęliśmy (po jakimś czasie oczywiście) i co to było, jak to było, i dlaczego do teraz pojąć nie możemy! Jedynym logicznym wytłumaczeniem stał się Fafik, który przyszedł do sypialni, wskoczył na łóżko, a na podniesienie się Mężczyzny zareagował ucieczką, lądując w swoim barłogu udawał zaspanego! I pewnie tak było, tylko kuźwa! Nie tylko Mężczyzna widział tego kota, ale ja też!!!! Duży, biały w czarne łaty, i wypisz wymaluj jak Alutka sąsiadów! A może to jaki duch, który w kociej sierści nawiedził nas nocą? Może chciał w trójkącie spróbować? Tak czy siak, trochę mi nijak, bo widzieć kota, którego nie było, i to o drugiej nad ranem, nie jest tak znowu przyjemnie! Jedyna pociecha, że to kot był, bo jakby tak jakieś inne, mniej przyjazne bydle, to mogłabym w zdrowiu rana nie doczekać! Ale i tak mi jakoś dziwnie! Mam nadzieję, że to była jednorazowa wizyta, bo inaczej będziemy musieli poprosić lekarza rodzinnego o skierowanie do odpowiedniego specjalisty!
poniedziałek, 20 lutego 2012
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
BLOGOWANIE MOJE :)
DO PRZYJACIÓŁKI... .
Gadu-Gadu... 11344640
Odeszły zbyt wcześnie..., pozostaną w sercu...
Oni ku mnie, ja ku Nim...
Pisali, dziś zamknęli, dziś milczą,
PISZĘ SOBIE ROMANSIDŁO
TREŚCI ZAWARTE W TYM BLOGU SĄ MOJEGO AUTORSTWA, ZGODNIE Z PRAWEM AUTORSKIM, KOPIOWANIE I POWIELANIE TYLKO ZA ZGODĄ AUTORA
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||