Ostatnie notki
Zakładki:
A TO MOJE PRACE RĘCZNĘ!!!!
Miedzy zachodem, a zachodem... .
Zaglądam... naprawdę warto!
Zajrzyj do "GARNKA" - tu (poniżej)opowiadam fotografią swoją... .
|
poniedziałek, 08 lutego 2010
piątek, 05 lutego 2010
Kiedy kończy się dzień, kiedy zamykam go naciśnięciem klawisza, gdzieś na kawałku światła wpadającego przez niedomknięte drzwi, zostaje mój cień. Nieskrępowany moimi pragnieniami, moimi marzeniami, moim życiem, staje przed nocą, zuchwale patrząc jej w twarz. Pozbawiony moich złudzeń, spogląda realistycznie w nadchodzące godziny. Wyprany z wrażliwości, nie prosi. Bierze minutę za minutą i bez skrępowania wypełnia ją tym, czego potrzebuje. Delikatność strąca zniecierpliwionym ruchem dłoni, tkliwość zostawia w cieniu nocy nie oglądając się na jej samotność. Znudzony jednym miejscem, bez pukania otwiera następne drzwi. Trudne pytania, niespokojne spojrzenia, kwituje milczeniem. Nie czeka na słowa, nastawiony na branie, zgarnia nocy jej najpiękniejsze fantazje. Zbyt egoistyczny by dostrzec łzy, zbyt chciwy by zostawić nadzieję, zbyt obojętny by usłyszeć szloch. Bezkarny swoim cynizmem, gra z emocjami w pokera znaczonymi kartami, by z żetonami wygranych partii, wkraść się niezauważalnie z ostatnim westchnieniem nocy i rozmyć w pierwszych promieniach brzasku. Kiedy kończy się noc, dzień zapachem kawy przywraca równowagę między światłem a cieniem. Światło uderza jednak bezczelnie, z furią, bez opamiętania. Wracam w cień!
wtorek, 02 lutego 2010
Jechaliśmy upchani jak sardynki w puszce i..., i jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy... i w Belgii Młoda zagadała. - Wcale się nie zdziwię gdy jutro nas na You Tube będą pokazywać jak sobie tak w kółko jeździmy! Jak jeszcze raz przejedziemy przez to rondo i to skrzyżowanie, to chyba mnie diabli wezmą! - dodała i się nie zdziwiłam. Przejeżdżaliśmy po raz kolejny przez koszmarne rondo wielkości stadionu, z tysiącem wyjazdów, wjazdów, zjazdów i plątaniną odnóży w ilości jakiejś trudnej do ogarnięcia, a cholerna Maryśka, czyli nasz GPS, złośliwe bydle, gubiło się na każdym rozdwojeniu dróg, przez co na chybił trafił wjeżdżaliśmy w kolejne i …, następne 9km do najbliższego zjazdu, by zawrócić i trafić, ale zjazdów też było kilka, a maryśka milkła i udawała że jej nie ma, więc też nie trafialiśmy i tak prawie godzinę zwiedzaliśmy kawałek Belgi! Fakt, że kawałek był trochę monotonny, ale z zamkniętymi oczami owo skrzyżowanie przejechać teraz możemy, więc jakieś dobro w postaci wiedzy nabytej pozyskaliśmy! Kiedy z ulgą i bez żalu opuściliśmy atrakcyjne rozwiązanie skrzyżowania bezkolizyjnego, pomknęliśmy ku domowi! (z kilkoma przystankami na roztarcie zdrętwiałych zadków i odciśniętych kości ogonowych). Dwudziestoczterogodzinna jazda jeszcze dzisiaj daje znać o sobie bólami tam i tu, ale już wszyscy w domu, a reszta to pikuś! Teraz nastaje czas rozlokowania, poupychania tego co wczoraj wypakowaliśmy i do dzisiaj wyjść z podziwu nie mogę, zastanawiając się, „jak myśmy to wszystko zmieścili w tym aucie?”. Widać człek potrafi jak go przyprze! Jak dobrze, że już dobrze, myślę sobie, i dobrze mi, że mi dobrze!
czwartek, 28 stycznia 2010
Przestało mrozić, zaczęło sypać i zawiewać. Zamiana tak jest dobra dla ogrzewania ale nie dla kierowców, a my dzisiaj kierowcy, bo w drogę ruszamy, a droga zawiana i zasypana! Przewidywany czas nocnej jazdy do promu czyli 13 godz. trzeba będzie wydłużyć i wyjechać wcześniej, bo czort wie co na drodze spotkać możemy. Czy te padanie nie mogło się wstrzymać ten jeden dzień???? No co mu zależało???!!! Ale nie! Sypie, wieje, utrudnia! Normalne świństwo i tym razem ni jak nie mogę znaleźć w tym drugiej strony medalu, tej optymistycznej, bo medal zrobił się jednostronny, zawiany i zasypany, a na dodatek nadal pada! (o wianiu nie wspomnę!) Ech! To będzie ostra szkoła jazdy, oj będzie, aż mnie już zaczyna w brzuchu ściskać i pewnie ściśnięcie puści dopiero w Colchester, kiedy zaparkujemy przy Viktoria Chasse i zacznę obściskiwać Młodą. Niech by już było jutro!
niedziela, 24 stycznia 2010
Na dworze wiatr i mróz, co zniechęca nawet do wyjścia po chleb, ale..., ale zima tak ma, i jak wszystko przeminie, więc do wiosny i tak coraz bliżej, a chleb tuczy! Po domowych robotach łupie mnie w kręgach i innych częściach, ale..., ale chałupa na przyjazd Młodych wysprzątana i przemeblowana (zgodnie z zapotrzebowaniem), więc mam to z głowy (tym bardziej z kręgosłupa), i mogę spokojnie ją przywieść i rozlokować! (znaczy się Młodą z NajNajMłodszym w formie kropeczki już troszkę więcej) jak i Ojca jego! Najmłodszy rozwalił klawiaturę w laptopie i żeby pisać ze spacją muszę w nią stukać tylko w jednym miejscu, a że nie zawsze trafić mi się uda w owe miejsce,więc tasiemcowe „coś” mi wychodzi co wnerwia niebotycznie, ale..., Starszy odkupi nową, więc będę miała nówkę - funkiel, a skoro pisanie bez spacji wkurza mocno to zaniecham, więc laptop odpocznie ode mnie, a ja od niego! Za 3 dni czeka nas 20 godzin jazdy w niewiadomych warunkach,(w tym większość w nocy) i już cierpnie mi zadek na tak długie siedzenia na wyżej wymienionym, ale..., ale „Lesio” Chmielewskiej wgrany na płytkę, więc przypomnę sobie tekst, który zaraził mnie Autorką na wiele lat i dobrze mi z tym było, a Anglii wyprzedaże więc... :))) Torty i wózeczki nie idą, a nawet stoją, ale..., podobno początek roku to nie najlepsza pora na sprzedawanie czegokolwiek, więc zyskałam czas na sprzątanie, przesuwanie, przekładanie i dopasowywanie metrów kwadratowych do większego zagęszczenia. Ale nie do końca stoją i leżą, bo właśnie torcik się sprzedał,wiec idę dziergać, by gdzieś tam Maleństwo, a właściwie jego Rodzice mieli radochę! Ale..., ale dobrze że wczoraj odgruzowałam chałupę, to teraz mogę spokojnie uprawiać „radosną twórczość”! O! a "radosna twórczość" (w temacie wózkowym) wygląda obecnie tak...
niedziela, 17 stycznia 2010
Bezczynność niedzielna lekkim zniecierpliwieniem się wkradała. Pracowitość odłożona nie z lenistwa, lecz brakiem zapotrzebowania, przynależność codzienna odpracowana obiadem, czas ciągnie się niczym „mordolkejka” po zębach. Po tygodniowym biegu trudno wyhamować. Coś jakby siła rozpędu pcha do przodu, a tu przód bez zaczepienia rąk i nóg. Wreszcie noc czarną firaną przysłoniła okno i wyciszył dzień. Diana Krall ciepłym głosem nuci „boulevard of broken dreams”, czerwone wino jakby uspokaja, znieczula zmysły. Niech sobie poswawolą, niech pogmerają w przeszłości jeśli taka ich potrzeba, w teraźniejszości jeśli muszą, w przyszłości jeśli inaczej nie mogą. Ja nic nie muszę, ja bulwarami nocy powędruję aż do porannej szarości.
środa, 13 stycznia 2010
Świat zasypany, zawiany i zaśnieżony.
sobota, 09 stycznia 2010
Wreszcie wieczór, odkładam pampersy, tasiemki, kokardki i inne badziewki i ...koniec pracy! Sobota przepracowana i pomyśleć, że kiedyś współwalczyłam o wolne soboty! Ha, ha, ha! Z walki pozostała mi przykurzona biało-czerwona opaska strajkującego patrioty, gdzieś tam pewnie na strychu upchana (było nie było jakiś szacunek historyczny jej się należy, więc niech sobie poleguje), wspomnienie wolnych sobót i radość, że wolnej soboty brak, bo to znaczy, że jest zarobkowatość, a co za tym idzie i chleb posmarowany, i herbatka (o gatkach nowych na zadek nie wspominając) i jutro jakoś bardziej jasne, (pomimo tej śnieżnej rozpierduchy za oknem). A rozpierducha po całości, bo sypie, wieje, zawiewa i wszelkie inne przypadłości zimowe szaleją za oknem i aż strach w jestestwie mym się lgnie okrutny, gdy pomyślę, że może tak potrzymać, a przed nami 1300 km dróg, autostrad, zjazdów, objazdów w ruchu prawostronnym i lewostronnym (o promie nie wspomnę)! Zaczynam przygotowywać się do drogi psychicznie, a i fizycznie zacznę chyba, bo jak się nic w aurze nie zmieni, trzeba będzie zabrać ze sobą jakaś kołdrę, zaprowiantowanie na przynajmniej tydzień, parę termosów, łopatę do przekopania się przez zimowy śniegu tren, worek z piaskiem by pod wzniesienia się wznieść i..., i jeszcze coś, co się może przydać, a czego teraz nie pamiętam. Nadzieją jednak się karmię, że do 29-tego coś się ociepli, coś stopnieje, spłynie, wysuszy i po nasze NajNajMłodsze pojedziemy w ludzkich warunkach. NajNajMłodsze ma już 0,5cm i w postaci kropeczki (krzyżykiem zaznaczonej) zostało nam przedstawione. Kropka jest konkretna i widać od razu, że charakterek zdecydowany już od zarania posiada! Wiadomo po kim to ma! A za oknem wieje, dmucha i totalna rozpierducha, a w człeku szczęśliwość siedzi, że się teraz na szosie nie biedzi!!! (tylko poleguje w ciepełku, z kawałkiem ciasta, i z herbatką z wkładką). Można przeżyć!
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Dopóki serce w piersi drży, Dopóki sen niewieczny jest, Daj Panie poznać wiary moc, Miej proszę dzisiaj taki gest. „Aniele Boży Stróżu Mój” Gdzieś w zakamarkach pamięci drży, Już prawie zapomniany rym, W potrzebie wraca..., wybacz mi. Ja wiem, że jeśli tylko chcesz, Usłyszysz w zgiełku szept tych słów, Panie wysłuchaj każdego z nas, To przecież tak niewiele jest.
czwartek, 31 grudnia 2009
Odpali jeszcze parę petard, wlanie strzemiennego na drogę i pójdzie w przeszłość, ustępując miejsca Smarkaczowi, który aż się pali, by staruszka zepchnąć w niebyt. Przeżyliśmy co przeżyliśmy i po raz kolejny przekraczamy próg nowego roku. Bez podsumowań, bez postanowień, bez zadumy co było, co będzie, wypiję toast, który oby mnie i wszystkim się spełnił... „ OBYŚMY ZDROWI BYLI !!!” … to i z całą resztą sobie poradzimy, cokolwiek miałoby to być.
wtorek, 29 grudnia 2009
W złoto zachodu są moje powroty skąd bym nie wracała. Zawsze prowadzą mnie do domu promienie słońca, które żegnają dzień. Wypełniona więc jestem wspomnieniem tego co minęło, co trzeba było pożegnać, czyli, dobre chwile, wypełnione ciepłem wspólnego przebywania, pogadywania, popijania, poskakania i pożegnania. Przyjaźń to bardzo smaczne pożywienie i opychanie się nim to prawdziwa przyjemność. Nasmakowałam się pyszną atmosferą urodzinowego przyjęcia Przyjaciółki, jej przyjaciół, jej Bliskich i kota Tofika. Po człowiekach pozostały ślady miłego ciepełka gdzieś tam w zakamarkach duszy, a po Tofiku piekące zadrapki na dłoniach, którymi to kreślił swoje zadowolenie z zapoznania. Czas miły ma tendencję to zmniejszania swojej objętości i przyśpieszania, więc trzy dni przebiegły niczym sprinter bijący rekord świata. Dzięki Chmielewskiej zapodanej w formie trzech słuchowisk słuchanych z płytek, droga powrotna skróciła się jakby o połowę, choć 300 km z punktu A do punktu B nie uległo zmianie. Widać i ten czas był miły, więc się sfilcował. A czas ostatnio zaskakuje mnie raz po raz i przemeblowuje teraźniejszość z przekazaniem inności w przyszłość. Już niby człowiek przywykł do tego co jest, wszedł w tory i koleiny codzienności, oswoił się, obłaskawił, przyswoił co miał przyswoić, a tu jeden telefon i..., przestawiam się na inność. Koniec duetu domowego i wracamy do pełnej chaty, a że zapełnienie będzie Dziecięciem mym które to przywiozę z dobrodziejstwem inwentarza, czyli Jej drugiej Połowy, komputera, mikrofalówki, i paru innych dobrodziejstw, to radość duża, bo wreszcie..., wszystkich będę miała w zasięgu wzroku i wszystkich innych organów. Ale to dopiero za miesiąc, więc póki co, w duecie powypełniamy dnie i noce tym co się danej porze doby należy, a obecnej, należy się poziomizacja pościelowa i sen błogi po podróży. Dobranoc.
piątek, 25 grudnia 2009
środa, 23 grudnia 2009
wtorek, 22 grudnia 2009
Już prawie święta, więc jasełka tu i tam. Te większe i te mniejsze. Ja miałam przyjemność oglądania tych mniejszych, (czytaj przedszkolne) choć dla Najmłodszego i dla mnie były tymi większymi, a nawet największymi, gdyż on wystąpił w roli Pierwszego Misia, a ja widza i fotoreportera. Pierwszy publiczny występ okazał się sukcesem po całości. Deklamacja wierszyka wypadła bardzo dobrze, bez zająknięcia, głośno, wyraźnie i co najważniejsze bez pośpiechu, co nie było łatwe, bo Najmłodszy jest szybki i w słowach i czynach. Ale jakoś opanował pęd i się popisał. Tylko do jednego nie dał się przekonać, choć perswazji użyliśmy wszelkiej (łącznie z szantażem i obiecankami). Nie dał się przebrać i swojego zdania - „nie będę z siebie robił ….. (i tu padało słowo nie całkiem cenzuralne) nie zmienił ni pod groźbą, ni obiecanką. Tak więc Pierwszy Miś zaniósł
Jezuskowi miodek bez kostiumu, ale reszta poszła świetnie, aż
łezki wzruszenia fotoreporter (czyli ja) ukradkiem ocierał. Bo nie wiedzieć czemu człowiek tak się wzrusza przy Pierwszych Misiach. A może to Duch Bożego Narodzenia tak człowieka zmiękcza!
poniedziałek, 21 grudnia 2009
W pampersowym temacie mocno się uspokoiło. Tuż, tuż święta, kto miał zakupić pampersowy prezent pod choinkę już to poczynił, więc teraz „pracownia” znowu stała się pokojem w którym choinka już stoi, a pod nią prezenty, (i te z Anglii i te rodzime) leżą i ciekawość na wielką próbę wystawiają. Ale charakterem się wykazujemy mocnym i rozpakowanie jak zawsze po wigilijnym posiłku nastąpi. Tradycja rzecz święta! Zima wykazuje się nadal szczodrością i zabieliła, przymroziła po całości, i choć „ładnie to pokazali”, to cichutko liczę, że rozmrozi i rozbieli, byśmy mogli spokojnie ruszyć w drogę, w którą to w świąteczny dzień ruszyć mamy zamiar. W ubiegłe święta Starszego z rodziną brakowało przy stole wigilijnym, w tym Młodej brak. Może za rok uda się wszystkich pozbierać przy jednym stole? Przecież w te najważniejsze święta nie karp, prezenty czy choinka najważniejsza, lecz to, że można mieć tych których kochamy obok siebie. Może następne święta będą już bez westchnienia, że gdzieś, ktoś, tam, a nie tu obok. I to będzie jedno z moich świątecznych życzeń. Ale do świąt chwila jeszcze, więc w codzienność szarą, a raczej białą się udam, by jeszcze zakupić to i owo, posłać ostatni tort w drogę i ogarnąć domostwo, by i ono poczuło się świątecznie.
sobota, 19 grudnia 2009
środa, 16 grudnia 2009
Dawno, dawno temu, a może wczoraj, gdzieś daleko, a może tuż obok, Ona i On. Młoda Para. Na zawsze..., na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Słońce promieniem odbitym w złotych krążkach zanosi słowa do nieba. Jej oczy, cały świat, jego ramiona, bezpieczna przystań. Jeszcze pewni miłości, jeszcze ufni w bliskość ciał, otuleni bielą welonu, wierzą w szeptane słowa. Wtopieni w szarość dnia, w niszczycielski czas, w ciszę przy stole, wypełniają przyrzeczenie. Mapa codzienności wytłoczona wokół oczu, brąz plam na dłoniach, złoty krążek wtopiony w nabrzmiałe palce. Na dobre, na złe, w zdrowiu i chorobie. Jej zmącone oczy, cały świat, jego ciężkie ramiona, ostatnia bezpieczna przystań. Pewni miłości, ufni bliskością, otuleni srebrem włosów, wypełniają obietnicę do końca. Ona i On. MŁODA PARA. Dawno, a może teraz, daleko, a może tu. Bajka? A może rzeczywistość?
Nasze własne wspólne SERBERKO :)
piątek, 11 grudnia 2009
Następny dzień zwisa z kalendarza i przez te kilkanaście godzin powisi, by gdy nadejdzie północ, zjechać do boksu i zrobić miejsce następnemu. Przebiegają te dni jakoś zbyt szybko, przynosząc ze sobą zdarzenia dobre i mniej dobre i to „priorytetem” niestety. Gdyby choć było to za „pobraniem”, zawsze można by odmówić przyjęcia i odesłać do adresata, a tak? Otrzymujesz bez możliwości zwrotu i nawet potwierdzenia odbioru nie potrzebuje! Ech, życie, życie... . Posypały się jakoś wiadomości które serducho ściskają, niespokojność wtłaczają w myśli i złość na bezradność która ogarnia, bo gdy samemu bieda, to bierzesz się z tym za bary i od ciebie zależny przebieg i wynik potyczki, a gdy to dotyka kogoś bliskiego, stajesz bezradny i tylko dobre myśli, wiarę i nadzieję możesz mieć, choć chciałoby się tak więcej! Zbieram więc w sobie całą wiarę i wiem, że będzie dobrze, bo będzie! Ja to wiem! A dzień szary za oknem, mokry i chłodny nie zachęca do spacerów, ale nic to, bo czasu na spacerowanie brak. Święta za pasem i choć w święta ruszymy z życzeniami urodzinowymi i podarunkami, to coś jednak trzeba przygotować, choćby choinkę ubrać nową. Bo choinkę zakupiłam, pomimo że przeszło dwu metrowa jest na stanie domowym. Jednak pokój przerobiony na pracownie, zapchany pampersowym biznesem, miejsca na przeszło dwumetrową choinę nie posiada, więc zakupiłam metrową, która spokojnie na szafce stanie, nie absorbując podłogowej cennej przestrzeni. A i inne walory posiada! Mało do ubierania i do rozbierania, a to istotna zaleta, gdy dzieci już nie ma, które choinkę ubierały i rozbierały. Więc ubiorę metrową, bigosu nagotuję, wigilię zjemy u Starszego i ruszymy w drogę, na świętowania ciąg dalszy. Ale póki co, to tort i wózeczek idę dziergać, bo gdzieś, jakiś Maluszek już czeka na swoje pampersy, więc trzeba zrobić i słać! Miejmy dobry dzień... .
środa, 09 grudnia 2009
poniedziałek, 07 grudnia 2009
- To ja dzisiaj zabieram się za stelaże! Podrobię trochę i będzie na zaś, a potem wyślemy paczki – powiedziałam wczoraj porannie przy kawie też porannej. - Przecież mówiłaś, że dzisiaj nic nie tykasz w kwestii pampersowej, że odpoczywamy! Niedziela miała być na luzie! A z wysyłką też raczej ci nie wyjdzie, bo o ile wiem, to dzisiaj poczciarze odpoczywają jak Bóg nakazał! - z pretensją w głosie odpowiedział Mężczyzna. - Jaka niedziela? To nie poniedziałek dziś? - zdziwiłam się wczoraj – no zobacz jak ten czas się pomotał – stwierdziłam odkrywczo, odpuściłam pracowitość i wrzuciłam na luz. - Mamcia? A ty od Mikołaja to nic nie masz dla Najmłodszego? - zapytał Starszy wieczorową porą – nie żebym się dopominał, ale podobno coś masz, a głupio tak nie dać jak jest – tłumaczył się lekko zażenowany. - O w mordę jeża! To dzisiaj Mikołaj! Już pakuję i lecę na górę! Nie mogłeś wcześniej przypomnieć?! Zapomniało mi się na śmierć! - ochrzaniłam Starszego, zapakowałam i pognałam na górę. - Chyba wiem co ci kupić pod choinkę!- odciął się Starszy – lecytynę ci kupię! - zapowiedział, ale nie odpowiedziałam co o tym myślę, bo śpieszno mi było na górę. Jeszcze zdążę mu wytłumaczyć stosowność takiego prezentu! Ale kurna coś z tym czasem muszę zrobić! Krok skorygować czy cóś, bo coś nie do rytmu nam idzie! Albo ma mocniej do przodu, albo w tyle zostaje! Ktoś tu wyraźnie gubi krok! Ale że dzisiaj poniedziałek to pewne! Sprawdziłam w kalendarzu! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||